poniedziałek, 23 września 2013

Rozdział 11

Nareszcie nadszedł dzień wyjścia ze szpitala. Nie mogłem się doczekać. Poszedłem do pokoju ordynatora
i poprosiłem o wypis.

-Panie Horan dzisiaj ze szpitala wyjdzie tylko pan.
-Ale jak to? Czemu?
-Pani Darlene nie jest jeszcze gotowa aby wyjść. Musi zostać przez jeden może dwa dni na badaniach.
-Ale czemu? Obudziła się. Żyje. Wszyscy są szczęśliwi!-podniosłem głos.
-Ale nie jesteśmy pewni co do stanu zdrowia pani Darlene.
-Ale to nie możliwe...
-Niemożliwe, ale prawdziwe.-powiedział smutno lekarz-Niestety musi pan sam jechać do domu.
-Skoro dzięki temu ma być zdrowa i żyć...Dobrze.

I właśnie w tym momencie do sali weszła ona. W szpitalnej koszuli, chuda, mała i blada. Jedyne, co ukazywało jej zdrowie to ten anielski uśmiech i ciepło bijące z oczu.
-Kochanie...-usłyszałem szept
-Słucham?
-Porozmawiajmy.
Złapałem ją za rękę i wyszliśmy z gabinetu.
-Niall...
-Słucham?-usiadłem na krześle i spojrzałem na nią.

-Czy ze mną wszystko dobrze?
-Oczywiście kochanie czemu miałoby być źle?
-No, bo tylko ja tu zostaję, a Ty wychodzisz. Boję się Niall...-zaszlochałam i wtuliłam się w chłopaka.
-Nie bój się kochanie. Wrócę po Ciebie jak tylko będziesz mogła wyjść.
-A kiedy to będzie?
-Jutro albo po jutrze.

Widziałam smutek, złość i żal jednocześnie. Wiedziałam, że żadnego z tych uczuć nie chce okazać.
-Dziękuję-wyszeptałam i pocałowałam Niall'a w policzek.-Wiesz... ja wrócę do sali. A Ty lepiej idź do swojej, zabierz rzeczy i jedź do domu.
-Ale ja tak bardzo nie chcę Cię tu zostawiać.-schował głowę w moje ramie i przytulił do siebie.
-Wiem to. Ja też nie chcę zostawać tu sama, ale nie mamy innego wyjścia.
-Owszem mamy wyjście, ale nie chcę ryzykować Twojego zdrowia.
-Dobrze idź już... Będę tęsknić.
-Ja też.-wziął swoją torbę i wyszedł z budynku. Obserwowałam go przez szybę jak wychodzi i wsiada do zaparkowanego samochodu, po czym po chwili odjeżdża. Louis po niego przyjechał. Wspaniały przyjaciel...Gdyby nie on, to pewnie już dawno oboje zginęlibyśmy.
Bardzo nie chciałam się z nim rozstawać. Bałam się tego, co się może stać. A wersji w głowie miałam mnóstwo. Na przykład mógł przyjść ktoś zły, kto chciałby zrobić mi krzywdę...
Przestraszyłam się własnych myśli. 


Jechałem z Lou autem i myślałem. Nagle z zamyślenia wyrwał mnie głos przyjaciela.
-Kochasz ją prawda?
Nie odpowiedziałem.
-Prawda?-zapytał ponownie Lou.
-Prawda-powiedziałem szybko i zatopiłem się w zamyśleniach.
-Co Cię tak do niej ciągnie?-zadał mi kolejne pytanie. Odwróciłem głowę i spojrzałem na niego.
-Jaaa...-zaciąłem się
-Powiedz proszę.
-Hmm... Może to to ciepło bijące od niej. Albo wspaniały szeroki uśmiech. A może wspaniałe długie włosy, które z każdym powiewem wiatru oplatają jej twarz. Jej charakter też odgrywa ogromną rolę. Nigdy w życiu nie spotkałem kogoś tak życzliwego nawet dla największych wrogów. I ta radość z życia...Widzę, jak każdą sekundę życia chce wykorzystać maksymalnie. Uwielbia życie i to, co dzięki niemu ma. I wiesz co Lou? Mógłbym tak wymieniać bez końca...
-Aż nie wiem co powiedzieć...
-Tutaj nie potrzeba słów Louis. Potrzeba tylko zrozumienia.
-Ale ja to dobrze rozumiem. Nie musisz tłumaczyć.
-Dziękuję stary-powiedziałem i poklepałem przyjaciela po ramieniu.
Reszta drogi poszła sprawnie. Czasami Lou o coś zapytał, ale były to pytania bardzo codzienne. W jego oczach było widać podziw, jaki wywołałem u niego odpowiedzią o Darlene.
-Zaraz będziemy.
-Nie, jedźmy dalej.
-Gdzie dalej?
-Pokażę Ci.
Jechaliśmy dalej. W pewnym momencie Louis zwolnił, ale ja spojrzałem na niego i powiedziałem:
-Dalej. Ja wiem gdzie. Ale możesz wjechać w polanę i jechać ścieżką.
Tak jak powiedziałem tak zrobił. Jechaliśmy jeszcze kilka chwil i dojechaliśmy do domu. Tak do domu Darlene.
-Czemu chciałeś tu przyjechać?
-Musze troche tu posiedzieć. Czasami tak robię.
-Po co?
-W sumie to nie wiem... Jest tu jej zapach.
-Zadużyłeś się.-powiedział mój przyjaciel siadając obok mnie.
-Wiem. I to jest najgorsze...
-Czemu?
-Bo znamy się tak krótko i nie wiem czy ona tak naprawde odwzajemnia to co ja czuję do niej.
-No ale zobacz. Pocałowaliście się tak?-zapytał nie czekając na odpowiedź- to w czym problem?
-To był tylko pocałunek, on nie musiał nic znaczyć stary.-powiedziałem przeciągle.



Patrzyłem na niego i nie wierzyłem w to, co mówi. Czemu zakochani ludzie myślą tak irracjonalnie? Zaśmiałem się i spojrzałem na niego.
-Czemu się śmiejesz?
-Bo cała ta sytuacją wydaje mi się trochę śmieszna. Tobie nie?
-No jakoś nie za bardzo-chrząknął głośno.
-No jak chcesz...-zmieszałem się, bo zauważyłem, że jego oczy pociemniały.
-Szczerzę mówiąc jedyne, czego teraz chcę to, żeby ona znazła się obok mnie, żebym mógł ją przytulić.
-Ona pewnie chce tego samego.
-Zapewne. Stary nie obraź się, ale pójdę na górę i się prześpię-powiedział mój przyjaciel i wstał ze schodów.
-Dobra nie ma problemu. Ja uciekam do siebie. Trzymaj się-powiedziałem, bo nie chciałem jeszcze bardziej go drażnić i poszedłem do samochodu.
Podszedłem, otworzyłem drzwi i wsiadłem do środka. On zniknął za drzwiami a ja oparłem głowę o kierownicę.
"Zakochał się."-pomyślałem i z jednej strony cieszyłem się a z drugiej byłem bardzo zdziwiony.


-Ale na pewnoi kategorycznie koniec?
-Tak kategorycznie. Nigdy więcej żadnej dziewczyny.
-Ale Niall
-Żadnego ale-warknął- te dziwki tylko niszczą życie!
-Nialler to, że do tej pory nie spotkałeś kogoś, komu mógłbyś w pełni oddać serce nie znaczy, że gdzieś na świecie takiej nie ma.
-Louis czy słyszysz co Ty mówisz? Przecież sam nie masz dziewczyny.
-ałć! Zabolało...
-Sory-powiedział oschle
-Nie no ok. Nie będę naciskał...
Siedziałem koło niego w ciszy i popijałem swoją kawę. Nie mogłem uwierzyć w te wszystkie jego wyznania. Jeszcze tydzien temu mówił jak to bardzo jest zakochany. A teraz wszystkie dziewczyny wyzywa od dziwek... Zupełnie nie rozumiem tego chłopaka. No ale trudno. Może kiedyś w końcu mu się uda znaleźć tą jedyną. Sam przecież o tym marzę.


Niby wspomnienia, a ja nadal zgadzam sie z tym ostatnim zdaniem. Nie mam nikogo, do kogo mógłbym wrócić po całym dniu. Nie mam się do kogo przytulić. Brakuje mi czegoś w życiu. Tak i tutaj zdecydowanie chodzi o drugę połówkę.
Westchnąłem głęboko, przekręciłem kluczyki w stacyjce i odjechałem w stronę domu.